Producenci popularnego oprogramowania na szczęście zauważają istnienie innych systemów operacyjnych niż Windows i tworzą specjalne wersje swoch programów na różne dystrybucje Linuksa czy właśnie Mac OS X. Bezpośrednio po przesiadce z Windowsa XP na Maka mogłem więc bez żadnych problemów ściągnąć i zainstalować Firefoksa czy Operę i doświadczyć mniej więcej tego samego, co na starej maszynie.
Jednak na komputerach z systemem Apple'a od razu widać pewne różnice. Zaczyna się od rodzaju wygładzania czcionek, przez co wyglądają one inaczej niż na Windowsie. Na Maku są nieco większe, a w Leopardzie mogą być nawet grubsze (zależnie od ustawień). Dla mnie są ładniejsze od tych z systemów Microsoftu, ale to wszystko jest oczywiście kwestią gustu. Niemniej jednak sposób ich wygładzania i wyświetlania może niekiedy powodować różnice w wyglądzie niektórych stron internetowych. Nie jestem ekspertem od ich tworzenia, ba, nawet za bardzo się na tym nie znam, ale dobrze wykonana witryna potrafi wyświetlić się równie dobrze i na Windowsie, i na Maku. Niestety, niekiedy webmasterzy zapominają o tym, że na innych systemach ich dzieła mogą prezentować się zupełnie inaczej. Z jednej strony są usprawiedliwieni, bo mogą nie posiadać dostępu do innych platform, ale z drugiej - skoro już są webmasterami, mogliby się w jakiś sposób postarać i choćby poprosić kogoś o zrzut ekranu.
Większym problemem może być samo działanie przeglądarki. W momencie przesiadki na Maka, w Operze chyba dopiero planowali rozpoczęcie prac nad wersją 10.x, a ówczesne wydanie z numerkiem 9.x działało, przynajmniej u mnie, tragicznie. Czas między wciśnięciem enteru po wprowadzeniu adresu do przeglądarki, a faktycznym rozpoczęciem ładowania strony, mógł być czasami liczony w dziesiątkach sekund. Gdy przypadkiem natrafiłem na testowe wydania Opery 10, różnica była diametralna i wersja beta zbliżona do finalnej działała tak, jak powinna normalna przeglądarka.
No właśnie... Jak to jest z przeglądarkami na Maku? Obecnie jako domyślnej używam Opery 10.10, oczekując na najnowszą wersję z numerem 10.52, która w wersji na Maka jest dopiero tworzona. Oprócz tego miałem do czynienia z Firefoksem w wersjach 3.x (a może i nawet 2.x...), Google Chrome na poważniej od czasu udostępnienia instalacji dodatków (czyli gdzieś tak chyba powyżej wersji deweloperskiej 4.x, o ile mnie pamięć nie myli), no i oczywiście Safari, która jest dołączona do systemu Mac OS X i na początku jest domyślną, bo i jedyną, przeglądarką.
Nie będę się tu pastwił nad technicznymi szczegółami, bo się tak naprawdę na nich nie znam. Mogę jedynie przedstawić opinię z punktu widzenia zwykłego, szarego switchera, który wciąż jeszcze czasami korzysta z Windowsa i wie, jak to tam mniej więcej wygląda. Chodzi o sam komfort używania i ewentualne problemy, nawet te najdrobniejsze, które i tak czasami potrafią na tyle drażnić, że sięga się po inny produkt.
Dlaczego Opera? Bo spośród wyżej wymienionych wydaje się być najlższejsza i najszybsza, ale nie mam tu na myśli szybkości ładowania stron, a samo działanie, jako aplikacji. Do tego już po instalacji ma gesty myszy i całkiem przyjemny system blokowania flashowych reklam. Z funkcji Opery warto też wymienić Unite, które może służyć do różnych zadań (w moim przypadku na razie najbardziej przydało się The Lounge, czyli po prostu zwykły czat, ale jeżeli chodzi o pozostałe aplikacje, jest w czym wybierać), a także Opera Turbo dla tych, którzy mają problemy ze słabym łączem. Opera to taka przeglądarka, którą można określić jak out-of-the-box, czyli praktycznie niczego nie trzeba doinstalowywać i to chyba gwarantuje jej lekkość. Produkt norweskiej firmy nie jest jednak bez wad i w niektórych przypadkach strony nie wyświetlają się tak, jak powinny, albo ładują się wolniej.
To, co sprawia, że Opera góruje nad Chrome i Safari, to... brak WebKita. Brzmi to nieco dziwnie, ale drażni mnie, gdy tekst kopiowany z przeglądarki wkleja się np. do okna komunikatora z niby zachowanym formatowaniem, choć często niestety wygląda to po prostu źle. Do tego nie lubię tego dziwnego zaznaczania tekstu. Przykład na obrazkach poniżej.
![]() |
| WebKit (Chrome) |
![]() |
| Opera |
Owszem, obie przeglądarki działające na WebKicie są szybkie i nieźle sobie radzą ze stronami, z którymi np. Opera ma problemy, ale bardzo często kopiuję i wklejam różne rzeczy i zdecydowanie bardziej wolę zachowanie mojej domyślnej przeglądarki. Problem pojawia się również w systemie CMS strony, na której dodaję newsy pisane w notatniku. Używając Safari bądź Chrome wklejony tekst będzie źle wyświetlony i nijak nie będzie się tego dało naprawić, nie używając Opery lub Firefoksa.
Dotychczasowe wady Opery dotyczące wyświetlania stron mogą zniknąć wraz z wydaniem wersji 10.5x, która na Windowsie śmiga aż miło, ale na Maku, przynajmniej na razie, nie da się jej używać. Przy korzystaniu z wersji testowych wrócił dawny koszmar z wersji 9.x, czyli długie oczekiwanie zanim w ogóle rozpocznie się ładowanie strony, a i sama aplikacja działa nieco topornie. Nie ma jednak co narzekać, bo to wciąż nie jest nawet Release Candidate, więc, mam nadzieję, wszystko ulegnie znacznej poprawie w kolejnych wydaniach. Tym bardziej, że programiści wiedzą o tym błędzie i z pewnością się z tym uporają.
Nowa Opera została dość mocno zmodyfikowana - jest teraz napisana w Cocoa, co np. umożliwia współpracę z powiadomieniami Growla. Ma także usprawniony silnik, obsługę najnowszych standardów sieciowych i wszystko wskazuje na to, że norweska przeglądarka znów umocni się u mnie na pierwszym miejscu. Na razie jednak pozostaje mi korzystanie ze stabilnego wydania Opery, która niekiedy zastępowana jest albo przez Safari, albo przez Chrome'a i w zasadzie to program od Google'a wygrywa rywalizację z przeglądarką Apple'a.
Norweska przeglądarka potrafi ostatnio pokazać focha nawet na Gmailu, a skoro usługa pocztowa i przeglądarka pochodzą z jednej firmy, to logicznie w Chrome powinno wszystko działać. Dlatego też logując się do Blogger.com również korzystam z najmłodszej przeglądarki spośród czterech wymienionych. Problem jest jednak taki, że Chrome w stosunku do Opery wydaje się lekko toporny, choć może to tylko wrażenie. Do tego przeglądarka Google'a potrafi mieć problemy z niektórymi stronami, nawet przy korzystaniu z panelu administracyjnego na tego blogu, który przecież jest tworzony przez tę samą firmę. To oczywiście tylko jakieś tam elementy, rzadkie przypadki, ale jednak.
Podobnie ma się rzecz z Safari. Jeżeli chodzi o samo działanie stron internetowych, to jest ono niemal identyczne, ze względu na zastosowanie w obu przeglądarkach silnika WebKit. Safari jednak, choć wygląda dość minimalistycznie i jest świetnie wkomponowane w system (nic dziwnego), robi wrażenie jeszcze bardziej ociężałego molocha. Nie wiem czy jest to spowodowane zainstalowanymi dodatkami, ale często podczas uruchomienia przeglądarki następuje lekka "zwiecha" i pojawia się obracająca się kolorowa piłeczka. Nie da się tak od razu wejść do Safari i wpisać adres, trzeba chwilę odczekać. Z kolei u mojego brata po aktualizacji do najnowszej wersji przeglądarka Apple'a kompletnie nie nadaje się do użytku. Do tego Safari nie ma takiego systemu dodatków, jak Chrome czy Firefox, dlatego nie można jej zbytnio rozbudować o nowe funkcje. Istnieją jednak dwie, a nawet trzy małe aplikacje-wtyczki, które należałoby polecić wszystkim użytkownikom.
Są to: Adblocker (wyjaśniać nie trzeba, działa dokładnie tak, jak Adblock z Firefoksa), Glims oraz ClickToFlash. Jeżeli chodzi o drugi dodatek, rozszerza on nieco możliwości przeglądarki, dodając np. słowa kluczowe dla zdefiniowanych przeglądarek. To coś znanego z Opery - wpisujemy w pasku adresu np. g iPad i po wciśnięciu enteru Safari wyświetla nam wyniki z wyszukiwarki Google'a dla hasła iPad. Glims może także modyfikować zachowanie kart i parę innych rzeczy, ale ja w zasadzie mam go zainstalowanego głównie z powodu tego sposobu wyszukiwania. ClickToFlash z kolei, to bodaj najciekawszy sposób na blokowanie obiektów flash na stronach. W działaniu jest podobny do Flashblocka z FF, ale do tego dochodzi dodatkowa, bardzo ważna dla makowców, funkcja - możliwość odpalenia np. filmu na Youtube nie we flashu, ale w QuickTime, jako film zakodowany w H.264. Nie tylko odciąża to procesor, ale także umożliwia ściągnięcie danego klipu wprost na dysk w formacie mp4.
Na koniec zostawiłem Firefoksa, który jest według mnie najsłabszym programem do przeglądania Internetu na Maku. Jego największą zaletą jest ogromna baza rozszerzeń, które potrafią rozbudować możliwości przeglądarki i to w praktycznie dowolny sposób. Co kto lubi. Jednak nawet bez żadnego z nich FF jest dość ociężały, a im więcej zainstalowanych rozszerzeń, tym bardziej wpływa to na jego działanie. Nie to jednak odpycha mnie od Firefoksa. Nie wiem w zasadzie w czym leży problem, ale chyba w jego silniku. Znowu wracam do kwestii czcionek, które są wyświetlane inaczej niż w Operze, Chrome i Safari. Poniżej kilka przykładów, zrzuty ekranu zostały zrobione z najnowszej wersji przeglądarki Mozilli i Opery 10.10. Specjalnie zachowałem pliki w takich samych rozdzielczościach, żeby łatwiej było dostrzec różnicę.
![]() |
| Firefox |
![]() |
| Opera |
![]() |
| Firefox |
![]() |
| Opera |
Jak widać na pierwszych dwóch zrzutach, Firefox jakimś cudem pomniejsza czcionki. Podobnie działo się na moim poprzednim blogu, cały tekst był mniejszy, ale wtedy myślałem, że to może złe interpretowanie CSS-a. W sumie w tym przypadku może być podobnie, ale akurat na bloggerze nie majstrowałem przy kodzie. Z kolei w przypadku drugiej pary zdjęć, pokazałem jak sprawa wygląda na głównej stronie Gazeta.pl. W tym przypadku wielkość czcionki jest taka sama, ale odstępy między literami sprawiają, że tekst zamiast w trzech linijkach, wyświetla się w czterech. To w sumie tylko dwa przykłady, ale stron, które nieco inaczej wyglądają w Firefoksie jest więcej. Tak, jak pisałem na początku, to tylko drobnostka, ale drażni. Tym bardziej, że na Windowsie nie ma żadnej różnicy między Operą a przeglądarką Mozilli. Nie wiem czy jest to trudność dostosowania silnika do systemu Mac OS X, czy może pewnego rodzaju lenistwo albo olewka ze strony deweloperów Firefoksa, w każdym razie to wystarczająco skutecznie zniechęciło mnie do instalowania "Ognistego lisa" na iMaku.
Z przeglądarkami jest jednak tak, jak z systemami operacyjnymi. W Internecie często dochodzi do flame'ów na temat tego, który z nich jest lepszy od pozostałych, a uczestnicy tych, często bezsensownych, dyskusji potrafią przerzucać się argumentami praktycznie w nieskończoność. Tyczy się to zarówno wojen na linii Windows-Mac-Linux, jak i Firefox-Opera. Chrome'a i Safari nie wymieniam, bo nie przypominam sobie, aby ich użytkownicy jakoś zagorzale walczyli z pozostałymi. Prawdopodobnie dlatego, że udział w rynku przeglądarki Apple'a jest niemalże znikomy, a Chrome jest wciąż nowy, choć zyskuje coraz większe grono zwolenników. Najczęściej kosztem Firefoksa, ze względu na możliwość instalowania podobnych dodatków.
Dla mnie najlepsza jest Opera, ale moje argumenty wydają się być banalne. Inni użytkownicy pewnie bez problemu mogliby wypunktować produkt norweskiej firmy i pokazać, że inne programy nad nią górują. Istotne jest jednak to, by porównywać przeglądarki z danego systemu operacyjnego, bo Opera 10.51 na Windowsie i Opera 10.52 (beta) na Maku to wciąż dwa różne światy. Podobnie bezsensowne jest porównanie Firefoksa do Opery na Windowsie i takie samo na komputerach Apple. W pierwszym przypadku samo wyświetlanie stron w zasadzie się nie różni, ale w drugim już znacznie.





