9 czerwca 2010

Safari 5 - fajna, ale i tak wkurza

W poniedziałkowy wieczór znaczna część miłośników firmy Apple z zaciekawieniem śledziła konferencję Steve'a Jobsa podczas Worldwide Developers Conference 2010 w San Francisco. Przed rozpoczęciem imprezy wiele spekulowało się na temat tego, co zostanie zaprezentowane. Numerem jeden wśród domysłów była oczywiście czwarta wersja iPhone'a, ale zagraniczni bloggerzy wspominali także o wydaniu kolejnej aktualizacji Mac OS X, nowe wersji pakietu iLife i w końcu przeglądarki Safari oznaczonej numerem 5. Całe wystąpienie Jobsa zdominował telefon Apple'a, ale kilka godzin później okazało się, że strzał w dziesiątkę zaliczyli ci, którzy pisali o przeglądarce.

Nie pokazano ani aktualizacji systemu, ani pakietu iLife, ani też zewnętrznego touchpada, o którym również pojawiły się plotki. Safari 5 pojawiło się w Software Update około godz. 1 polskiego czasu. Zwolennikiem browsera Apple'a nie byłem i w zasadzie dalej nie jestem, ale moja niechęć do Safari nieco zmalała po wydaniu wersji numer 5. Jak łatwo się domyślić, aplikacja otrzymała kilka nowych "ficzerów", a poza tym, jak zwykle, została przyspieszona i zapewne zwiększono jej stabilność (jak zawsze przy uaktualnianiu softu na Maku ;)). Jej niewątpliwą zaletą, jeżeli chodzi o użytkowników systemu Mac, jest świetna integracja z tym OS-em i w zasadzie jest to jeden z najczęstszych powodów używania przeglądarki przez makowców. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Co takiego dodano do Safari? Najbardziej wyróżniającymi się nowymi funkcjami są Safari Reader oraz Safari Developer Program, który tak naprawdę można sprowadzić do jednego słowa: rozszerzenia. Tak jest! Przeglądarka, wzorem Firefoksa i Chrome'a, zyskała możliwość doinstalowywania różnego rodzaju udogodnień, które mają zwiększyć komfort z jej korzystania. Wszystkie dodatki mają być tworzone przy pomocy HTML5, CSS3 i JavaScript. Wgłębiać się w ten temat jednak nie będę, bo się na nim nie znam. ;) Nowe rozszerzenia bardzo szybko pojawiają się w internecie i już można zainstalować takie, jak np. znany z innych przeglądarek AdBlock (jest to w zasadzie przeportowane rozszerzenie z Chrome'a) czy skracacz do linków od Google'a - goo.gl. Myślę, że wystarczy poczekać jeszcze kilka dni lub tygodni i wybór rozszerzeń będzie już dość pokaźny.

Safari Reader to może nie jest jakaś wielka rewelacja, oceniam to raczej pod kątem ciekawostki, ale niektórym użytkownikom może się ta funkcja bardzo spodobać. Jeżeli ktoś używał do tej pory Safari i Readability, to teraz z przyjemnością powinien przesiąść się na Readera. Dlaczego? Bo zwyczajnie jest to to samo - możliwość wyświetlenia artykułu ze strony internetowej z wbudowanym formatowaniem. Najlepiej może wyjaśnić to przykład:

Safari Reader w akcji

Powyżej widzimy jedną z moich notek wyświetloną przy pomocy Readera. Jak widać Safari wyodrębnia treść z danego artykułu i przedstawia w prostej formie, tak, by czytelnik mógł skupić się tylko na tekście. Funkcja ta jest również przydatna, gdy np. czytamy stronę, która ma ustawioną małą czcionkę i dodatkowo tekst wydaje się przez to za bardzo zbity. Może nie jest to rzecz, której często się używa, ale jest na pewno przydatna.

Postanowiłem dać Safari szansę i ustawiłem ją właśnie jako domyślną przeglądarkę. Myślę, że zbyt długo tak nie wytrzymam i szybko wrócę do Opery, która wciąż jest dla mnie najlepszym browserem, zarówno dla Maka, jak i Windowsa. Obecnie korzystam z wersji testowych norweskiej przeglądarki, a najnowsze jej snapshoty zawierają trochę irytujących błędów, stąd możliwość przyjrzenia się bliżej Safari. Jednak aplikacja Apple'a również mocno irytuje. Przede wszystkim kopiowanie treści i linków odbywa się na dość dziwnej zasadzie. Brakuje też wygodnego sprawdzenia rozmiarów i wymiarów zdjęć umieszczonych w Internecie.

Zacznijmy jednak od rzeczonych linków. Powiedzmy, że chcę skopiować komuś łącze do mojej poprzedniej notki. Wchodzę na główną stronę bloga, klikam prawym przyciskiem myszy na linku i wybieram opcję "kopiuj łącze". Po czym wklejam je np. do Adium. Efekt? Proszę bardzo:

Link wklejony do okienka Adium

Gdybym zrobił to samo w Firefoksie czy Operze, wklejone łącze miałoby postać adres internetowego: http://niloque.blogspot.com/2010/05/rooney-i-spoka-w-nowej-reklamie-nike.html. Oczywiście to, co robi Safari, a dokładniej WebKit (efekt taki sam jest w Chrome), jest bardzo przydatne, bo zamiast adresów mamy wklejane ładne linki, a te przecież niekiedy są bardzo długie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że tak naprawdę nie wiemy jak wygląda sprawa z komunikatorem u naszego rozmówcy. Nie mówiąc już o protokole, jakiego używa, a mam tu oczywiście na myśli Gadu-Gadu. Wklejony link z WebKita nie zachowuje formatowania, a więc przestaje być linkiem i jedyne, co widzi osoba po drugiej stronie, to tekst "Rooney i spółka w nowej reklamie Nike!". Sytuację nieco ratuje jabber, w którym link jest w tekście (tak jak na obrazku), a dodatkowo doklejany jest nawias z adresem internetowym. Mimo wszystko, jest to trochę niewygodne. O dziwo, gdy ten sam link z WebKita zechcemy wkleić do paska adresu dowolnej przeglądarki, otrzymamy postać adresu.

Druga rzecz, która mnie dość mocno irytuje w Safari, to kwestia menu kontekstowego użytego w zdjęciach:

Menu kontekstowe obrazka w Safari

Nie mamy znanej z Firefoksa czy Opery pozycji "właściwości obrazka", po kliknięciu której wyświetlą się nam podstawowe informacje o grafice. Tak jak tutaj:

Właściwości obrazka w Operze - nieskomplikowane i przejrzyste

Powyżej mamy w zasadzie to, co nas (mnie :)) najbardziej interesuje, czyli: wymiary obrazka, jego typ, rozmiar i bezpośredni link. Firefox ma dokładnie to samo, choć nie w tak prostej formie. Mniejsza o to - chodzi o dostęp do takich informacji. Safari i Chrome (WebKit) mają jedynie możliwość zbadania elementu za pomocą Web Inspectora. No dajcie spokój. Nie wiem czemu to jest taki problem, żeby dodać opcję podobną do Opery, przecież jest to łatwiejsze niż przeciągnięcie obrazka na pulpit i otwarcia go w Podglądzie czy przyjrzeniu się jego właściwościom (cmd + I). Można powiedzieć, że to wszystko drobnostki, ale takie, a nie inne zachowanie Safari jest denerwujące i, przynajmniej u mnie, wpływa na niechęć do tej przeglądarki.

Opera w dalszym ciągu pozostaje u mnie numerem jeden, muszę jedynie poczekać na poprawienie wszystkich niedoróbek z ostatniego snapshota (pewnie trochę to zajmie, bo po drodze prawdopodobnie pojawią się nowe). Zmiany w Safari są jednak bardzo pozytywne i myślę, że po wypuszczeniu kolejnych rozszerzeń (gesty myszy i będę zadowolony) Chrome pójdzie raczej w odstawkę, a to, z czym nie poradzą sobie Opera i Safari, z pewnością zadziała na Firefoksie, którego wolę mieć pod ręką, bo wydaje się najbardziej kompatybilny z dużą liczbą różnych stron.